Cześć :)

Postanowiłam opublikować tu na próbę fragment pierwszej z moich baśniowych opowieści, które od niedawna zaczęłam spisywać. Być może zainteresuje kogoś z Was, więcej pojawi się za jakiś czas. Niedługo dodam także wersję po angielsku. Tworzę też rysunki do swoich opowieści, gdyby ktoś chciał zobaczyć to wejdźcie na mój profil, jest tam link do mojej strony na DEVIANTART.


OPOWIEŚĆ PIERWSZA

O narodzinach Férchéna i Falcho, i o przenikliwym spojrzeniu badacza gwiazd

Férchén i Falcho byli skrzacimi bliźniętami, podobnymi do siebie jak dwie krople ciepłego deszczu podczas Pory Suszy, o włosach czarnych jak krucze pióra i oczach błękitnych jak płatki leśnych niezapominajek. Urodzili się pierwszego dnia Miesiąca Cyprysa w roku 2223 Piątej Ery, a rodzicami ich byli hafciarka Méra i wędrowny handlarz Fen.

Zgodnie ze zwyczajem Leśnych Ludzi, z okazji narodzin chłopców zasadzono ich drzewa miesięczne. Mieszkańcy wioski potraktowali to raczej jako gest symboliczny, wszyscy bowiem dobrze wiedzieli, że klimat w tej części Krainy Séras w ogóle nie sprzyjał cyprysom i żadne nie rosły tu od lat. O dziwo jednak, drzewa przyjęły się, a stara Salché, którą uważano w wiosce za prorokinię i która podobno wiedziała o tajemnicach natury więcej niż niejeden druid, uznała to za znak i powiedziała, że teraz chłopcy nie tylko przejdą pod opiekę drzew cyprysowych, ale też odziedziczą ich charakter – charyzmę, polot i pęd ku nieprzemijalności. Méra jednak roześmiała się tylko na te słowa i powiedziała, że nie wierzy wcale w takie rzeczy, Pan Drzew stworzył bowiem drzewa drzewami, a jej synów jej synami i każde z nich będzie sobą, niezależnie od drugiego.

Salché wzruszyła ramionami i burknęła urażona:

- Co wędrowcy znad morza mogą wiedzieć o drzewach?

Może i było w tym trochę racji, gdyż Méra i Fen rzeczywiście pochodzili znad morza, i przez długie lata dzieciństwa i wczesnej młodości mieszkali wśród klifów, wydm i nadmorskich lasów, w krainie falków, dla których szum wody po tysiąckroć droższe miał sekrety aniżeli szum drzew.

Niedługo po narodzinach chłopców Fen zdecydował, że czas wyruszyć w dalszą drogę, wędrowni handlarze bowiem nigdy nie zagrzewali nigdzie miejsca na długo, taka była natura ich pracy i życia. Dzieci były silne, więc Méra zgodziła się z mężem i wraz z nastaniem nowego miesiąca opuścili o świcie wioskę, kierując się pieszo ku południowemu zachodowi, by zdążyć, jak zawsze, przeczekać śniegi w cieplejszych regionach Séras.

Stara Salché nigdy nie dowiedziała się, czy miała rację, nigdy więcej bowiem nie zobaczyła chłopców. Umarła kilka lat przed tym, jak pewnego dnia Méra, Fen i ich synowie znów pojawili się w wiosce, przynosząc ze sobą łagodny wiatr wraz z zapachem ziół.

- Bierzcie, próbujcie, kupujcie! Starczy dla wszystkich! - wołał Fen, gdy rozłożył przywiezione zioła na pniu powalonego drzewa, a zgromadzona po drugiej stronie pnia grupa skrzatów zaczęła wąchać i kosztować suszonych roślin, przepychając się przy tym i potrącając jedni drugich. - Férch, pakuj do woreczków, no żwawo, żwawo!

Obok Fena stał nie więcej niż kilkunastoletni* Férchén, ze wzrokiem skierowanym bardziej ku własnym myślom i delikatnemu drżeniu dębowych liści na gęstych konarach wysoko ponad nim niż suszonym ziołom przed sobą.

Na dźwięk ponaglenia ojca Férch ocknął się jak gdyby dopiero. Odgarnąwszy kosmyk czarnych włosów z czoła i schowawszy go pod czapkę, sięgnął po lniany woreczek i zaczął wkładać do niego kawałki pokrzywowych liści, które wskazał mu pierwszy z kupujących.

Gdzie, u Licha, jest Falcho? Dlaczego to znów ja pomagam?, pomyślał, po części z pretensją, po części z zazdrością jakich to odkryć brat zdążył już dokonać w tym nieznanym miejscu ich narodzin, ciekawszych aniżeli handel ziołami przy omszałym drzewie.

Z takich rozmyślań wyrwał go głos z drugiej strony pnia, skierowany do jego ojca:

- Fen, to ty?

Férch podniósł głowę i ciekawość zabłysła nagle w jego uważnych oczach, gdy zobaczył przed sobą postać skrzaciego starca o gnomim spojrzeniu, twarzy zaś pomarszczonej i suchej jak fałdy skał, trupiobladej w szarym świetle pochmurnego wieczoru. Starzec odziany był w osobliwy, ciemnogranatowy płaszcz, przypominający Férchénowi płaszcze druidów, które widział niegdyś w Sén Serén. Różniły je hafty - podczas gdy płaszcze druidzkie ozdobione były znakiem Rady Druidów - przeplatającymi się pędami wszystkich drzew miesięcznych, brzegi płaszcza tego dziwnego starca wykończono, niezwykle zresztą starannie, złocistym motywem gwiezdnych konstelacji, wyglądających niemal tak wspaniale jak w wyobraźni Fércha ilustracje gwiazdozbiorów na mapach nieba w tajemnych bibliotekach sylfów.

Ojciec także skierował wzrok ku starcowi, który zwrócił się do niego, i jego twarz rozpromieniła się, musiał więc rozpoznać go.

- Fen! - stwierdził wówczas starzec niemal z uśmiechem, po czym omijając korzenie powalonego dębu, przeszedł na drugą stronę pnia i rozłożył ramiona, by uścisnąć ojca. - Dobrze cię raz jeszcze zobaczyć.

- Ty jesteś pewnie synem Fena, choć niepodobny wydajesz się do niego? - zapytał zaraz potem, gdy przeniósł swe błyszczące niczym światło pochodni, żółtozłote oczy na Férchéna.

Przez chwilę świdrował chłopca przenikliwym spojrzeniem, na co Férch wyprostował się z wrodzoną dumą, uniósł w górę brew i rzekł:

- Tak. Jestem Férchén.

Starzec zaśmiał się pod nosem jak gdyby znalazł w słowach Fércha coś szczególnie zabawnego, z oczu jego nie zniknęła jednak wcześniejsza powaga. - Gdzie zaś twe w zwierciadle odbicie, Férchénie, Pogromco Burz?

Nawet jeśli błyskotliwy zwykle skrzaci chłopak zrozumiał, czego w istocie dotyczyło to dziwne pytanie, zbyt był już oniemiały postacią starca i zaskoczony przydomkiem, którym ten go nazwał, by odpowiedzieć od razu. Zerknął tylko na ojca, który prędko przyszedł mu z pomocą.

- Nic się nie zmieniłeś, Wélrodzie! Wciąż mylisz skrzacie dzieci z ciałami niebieskimi - powiedział z rozbawieniem Fen, spoważniał jednak i zamyślił się jakby, gdy Wélrod odparł na to:

- Czy ciebie z niewłaściwym pomyliłem?

Ten starzec pamięta ojca z czasów, kiedy był dzieckiem, pomyślał Férch z coraz większym zainteresowaniem. Czy ojciec był tu więc jako dziecko? I do jakiego ciała niebieskiego go przyrównał? Do jakiego przyrównał mnie? Och, czemu nigdy dotąd nie zdobyliśmy z Falchem żadnej mapy nieba, czemu?

- Mnie nietrudno było nie pomylić - rzekł tylko Fen, po czym zwrócił się do Férchéna:

- Gdzie Falcho? Zwykle nie można was rozdzielić, a jak przychodzi co do czego to... Słowo daję!

Férch wzruszył zamaszyście ramionami, starając się pokazać w ten sposób, że nie wie i że sam chciałby wiedzieć. Czasem Falcho nie tłumaczył się nawet jemu z tego co robi ani dokąd chodzi, co zawsze złościło i bolało Férchéna. Nigdy jednak nie powiedział o tym bratu, sam bowiem nie był pewien, dlaczego tak bardzo go to obchodzi. Może dlatego, że tajemniczość Falcha wywoływała w nim jednocześnie jakiś niepokój, a nawet strach. Zazwyczaj wydawało mu się, że są z bratem tak związani jak tylko można być i że wiedzą wszystko o sobie. W takie dni jak ten było jednak całkiem na odwrót, i Férch myślał wówczas, że nie wie o Falchu zupełnie nic, a próby zrozumienia go są niczym łapanie w dłoń powiewu wiatru.

Férchén nie znosił tych dni. Bał się ich, choć nie wiedział czemu.

Ciąg dalszy nastąpi


* Skrzaty z moich opowieści żyją około 400 lat, a ich wiek przelicza się inaczej niż ludzki. Kilkunastoletni Férchén odpowiada więc mniej więcej 8-9-letniemu ludzkiemu chłopcu.

[é] w skrzacim języku czytamy jak [i], [ch] jak [k] np. Férchén wymawiamy [Firkin]